http://www.tv.bielsko.biala.pl/miasto_bez_wyciagow_dla_najmlodszych__2060.html
Pomysł za pół miliona
Jest jeszcze czas, aby w nadchodzącym sezonie zimowym dzieci mogły zacząć korzystać z przygotowanych atrakcji na stoku Szyndzielni, przekonuje bielszczanin Leszek Stebnicki. Pod warunkiem, jak zaznacza, że w ratuszu przestaną kiwać na pomysłem głowami, a zaczną działać.
Tym razem o pomyśle bielszczanina, pana Leszka Stebnickiego, jak za pół miliona zrobić dzieciom frajdę na Szyndzielni. I rodzicom też.
Jak wiadomo dziennikarze są od tego, żeby narzekać gdzie się da. I krytykować, co tylko możliwe. Przynajmniej niektórzy tak sądzą. Ale, dla zachowania pewnie równowagi, są też ludzie, którzy starają się wymyślić coś pożytecznego. Tak mi się wydaje, po tym, jak zgłosił się do mnie mieszkaniec Bielska-Białej i opowiedział, jak można tanim w sumie kosztem zagospodarować chociażby kawałeczek Szyndzielni, tak aby w zimie dzieciaki nie musiały tułać się na przykład do Szczyrku, aby poznawać pierwsze tajniki jazdy na nartach. Pan Leszek bowiem, jako stary znawca sportu miejskiego i działacz społeczny (był nawet nagrodzony przez prezydenta miasta za zasługi dla miejskiego sportu młodzieżowego) wykombinował, że w górach mogłoby z powodzeniem działać coś na kształt przedszkola. Prowadzonego oczywiście przez jakaś agendę miejską. Wymyślił nawet nazwę: „Maluchy na Szyndzielni”. Całość sprowadza się do zainstalowania na odpowiednim skrawku zbocza kilku urządzeń typu ruchomy chodnik – wyciąg, przygotowania bezpiecznej trasy, i zatrudnienia kilkunastu osób do opieki nad maluchami, w tym przedszkolanki i instruktorów narciarskich. Pan Leszek twierdzi, że można by do tego wykorzystać również niszczejącą obecnie górną stację dawnej kolejki. Z pomysłem bielszczanin ów zgłosił się do ratusza. Żeby nie zanudzać, przygotował własnym sumptem pięciominutową prezentację multimedialną. W efekcie wylądował na pokazie wśród grupy bielskich radnych, którzy ponoć przyklasnęli pomysłowości pana Leszka. Niestety, nie radni mają tu głos decydujący, a władze wykonawcze miasta, czyli prezydent, który został również o takiej możliwości wykorzystania Szyndzielni poinformowany. Mija jednak miesiąc i pan Leszek nie ma żadnej, jak twierdzi, z ratusza wiadomości. I nie wie, co robić dalej. Łapie się za głowę, bo podobnie działające ośrodki widział w wielu państwach i miastach. A w Bielsku – cisza. Nie będzie jednak przytyków i wbijania drzazg w obolały ostatnio ratusz – zamiast tego zachęta do dyskusji, czy pomysł pana Leszka wart jest realizacji przy założeniu, że to miasto musiałoby wyłożyć wspomniane pół miliona złotych, i że realizacja pomysłu w niczym nie przeszkadzałaby w miejskim projekcie zagospodarowania stoków Szyndzielni i Dębowca.
Zróbmy dzieciom raj
Tym razem o pomyśle bielszczanina, pana Leszka Stebnickiego, jak za pół miliona zrobić dzieciom frajdę na Szyndzielni. I rodzicom też.
Jest jeszcze czas, aby w nadchodzącym sezonie zimowym dzieci mogły zacząć korzystać z przygotowanych atrakcji na stoku Szyndzielni, przekonuje bielszczanin Leszek Stebnicki. Pod warunkiem, jak zaznacza, że w ratuszu przestaną kiwać na pomysłem głowami, a zaczną działać.
Dokładnie siedem miesięcy temu pierwszy raz napisaliśmy o ciekawym pomyśle pana Leszka Stebnickiego (społecznik, działacz sportowy, absolwent AWF w Warszawie, instruktor narciarski, jeden z pierwszych ratowników WOPR w Bielsku-Białej). Wtedy nasz rozmówca oczekiwał na odpowiedź od władz miasta, którym przedstawił swój pomysł – w skrócie chodziło (i nadal tak jest) o to, aby na stoku Szyndzielni, w pobliżu górnej stacji starej kolejki zorganizować dla najmłodszych bielszczan coś na kształt przedszkola narciarskiego.
– To raptem dwa przygotowane place, na które miejsce jest i właściwie tylko czeka na kosmetyczne zabiegi. Jeden długi na 80 metrów i szeroki na 30 metrów, drugi o 100 metrów dłuższy, do tego w odpowiedni sposób zagospodarowana stara stacja kolejki, możliwość skorzystania z ratraków, które są i stoją bezczynnie, no i odpowiedni, przenośny wyciąg narciarski, przystosowany dla dzieciaków – tłumaczył pan Leszek. – I jeszcze kilka osób do opieki nad maluchami, w tym instruktorzy i wykwalifikowana przedszkolanka. Całość kosztowałaby miasto jakieś pół miliona złotych. To nie jest dużo zważywszy na przykład na to ile miasto rocznie dopłaca chociażby do utrzymania kąpieliska miejskiego.
Jest wrzesień, zima za pasem, czy więc pomysł bielszczanina spotkał się z akceptacją?
– O tak – mówi pan Leszek. – Jak wszyscy przyklaskiwali, tak przyklaskują. Tyle, że czas ucieka, a efektów nie ma żadnych. Właściwie to ja już od dwóch lat biegam za tym po ratuszu i… nic. Rozmawiałem z radnymi, prezydentem i jego zastępcami, wszyscy mówią, że to inicjatywa warta poparcia, a jak jadę na Szyndzielnię, to dalej jest jak było siedem lat temu. Czyli nic…
Na ostatniej sesji Rady Miejskiej Stebnicki w punkcie sprawy różne przypomniał się ratuszowi podkreślając, że miasto ma wielkie tradycje narciarskie, w sportach zimowych, a tymczasem dzieci aby uczyć się jeździć na nartach muszą wędrować z rodzicami poza Bielsko. Po kilku dniach otrzymał odpowiedź na swoje wystąpienie – wysoka władza kolejny raz informuje go, że trwają prace i uzgodnienia formalno-prawne dotyczące zagospodarowania stoków Szyndzielni i Dębowca.
– A to z ich projektem nie ma nic wspólnego – wyjaśnia Stebnicki. – To mogłoby funkcjonować już, i zupełnie nie przeszkadzałoby w wielkich planach miasta. Nie rozumiem tej niemocy urzędniczej.



